Czy powinniśmy świętować Boże Narodzenie?

Zdecydowanie najbardziej popularne pytanie, które stale słyszę od swoich znajomych dowiadujących się, że jestem protestantem, brzmi: „a wy obchodzicie Boże Narodzenie?” Chociaż nie jest to kwestia jakkolwiek rozstrzygająca teologiczne zapatrywania, przez lata nauczyłem się jej nie bagatelizować, ale raczej udzielać przemyślanej odpowiedzi starannie rozdzielającej to, co wynika z tak zwanego stylu pobożności od tego, co jest naturalną wypadkową mojego stanowiska doktrynalnego. Ku mojemu niemałemu zdziwieniu odkryłem, że aby móc udzielać odpowiedzi innym, wpierw sam musiałem się zmierzyć z tym do bólu nieskomplikowanym, lecz niełatwym zarazem pytaniem: „Mateusz, czy obchodzisz święta Bożego Narodzenia?”

W celu znalezienia precyzyjnej odpowiedzi, potrzebowałem najpierw dodefiniować, co rozumiem poprzez „obchodzenie Bożego Narodzenia”. Jak się bowiem okazuje, istnieją co najmniej trzy sposoby, w jakie możemy ten prosty zbitek słów pojmować.

Przede wszystkim, jeśli świętowanie ma oznaczać branie udziału w mszy świętej celebrowanej w obrządku rzymskokatolickim na uroczystość Narodzenia Pańskiego, to nie – nie świętuję. Nie jestem protestantem dlatego, że się nim urodziłem, ale dlatego, że świadomie zdecydowałem nim być. Przepastne pęknięcie pomiędzy teologią Rzymu a teologią Reformacji jest dla mnie nazbyt wyraziste, abym mógł z pominięciem konsekwencji w moim sumieniu przypatrywać się liturgicznym czynnościom znajdującym nikłe, jeśli jakiekolwiek, umocowanie w Piśmie Świętym.

Po drugie, nieustanna ewolucja kultury rości sobie prawo do nadawania nowych definicji terminom, do których przywykliśmy. Nie inaczej ma się kwestia bożonarodzeniowych świąt. Jeśli ich obchodzenie ma oznaczać Świętego Mikołaja, Dziadka Mroza, czerwononose renifery, nachalne dekoracje zmieniające dom w Disneyland Park, grane na okrągło Wham! z sentymentalnym „Last Christmas” oraz chwilówkę na spłacenie świeżo zapakowanej konsoli Xbox, to nie – nie świętuję. Nie sądzę, że niecierpliwe planowanie, wir przygotowań i natłok prac wymaganych przez tak scharakteryzowane „obchodzenie świąt” pozostawią mój umysł wystarczająco jasnym, bym mógł w chwili cichej refleksji pochylić się nad niepojętą cudownością betlejemskich wydarzeń. Stawiam również tezę, że konieczność odcięcia się od kulturowo zdefiniowanych świąt nie jest wyłącznie sprawą mojego osądu. Raczej bez większych trudności można wykazać, że współczesne pojmowanie Bożego Narodzenia stanowi religię samo w sobie, nieuchronnie prowadząc do kolizji z fundamentalnymi prawdami biblijnego chrześcijaństwa.

A co jeśli obchodzenie Bożego Narodzenia posiada jeszcze jeden, zgoła odmienny aspekt? Czy może to być okres szczególnej refleksji nad tajemnicą Bożego wcielenia, wspaniałością odkupienia oraz chwałą nastającego zbawienia? Czy uprzytamniając sobie Jego przyjście na świat możemy w świątecznych nastrojach podzielać żywe tęsknoty naszych ojców, aby wkrótce powrócił? Czy wolno nam, zamiast opowiadać o elfach i popadać w coraz to nowe kredyty, dzielić się w gronie najbliższych wspaniałą wieścią o Synu Bożym oraz naszym duchowym bezdennym długu, który On za nas z miłości spłacił? Jeśli takie świętowanie jest tylko możliwe, to tak – po stokroć obchodzę Boże Narodzenie!

Przyjmuję naturalnie do wiadomości, że historycznie okres grudniowy stanowił punkt centralny w pogańskich kultach, celebrowany w starożytnym Rzymie pod nazwą Saturnalia. Ów historyczny fakt nie stanowi jednak argumentu, który byłby w stanie ograbić mnie z radości, jakiej doświadczam na wspomnienie, że w Jezusie „lud, który chodził w ciemności, ujrzał światło wielkie, a nad mieszkańcami krainy mroków zabłysła światłość” (Iz 9:1). Będąc odrobinę przekornym zauważę nawet, że gwiazdy święcą najjaśniej właśnie w najciemniejszą noc. Kiedy więc, jeśli nie w okresie grudniowym, mogę w sposób absolutnie szczególny być „miastem położonym na górze” oraz „świecą postawioną na świeczniku”? (Mt 5:14-16).

Wracając do pytania wyjściowego: „czy powinniśmy świętować Boże Narodzenie?”, odpowiem:

„Jeden robi różnicę między dniem a dniem, drugi zaś każdy dzień ocenia jednakowo; niechaj każdy pozostanie przy swoim zdaniu. Kto przestrzega dnia, dla Pana przestrzega; kto je, dla Pana je, dziękuje bowiem Bogu; a kto nie je, dla Pana nie je, i dziękuje Bogu. Albowiem nikt z nas dla siebie nie żyje i nikt dla siebie nie umiera; bo jeśli żyjemy, dla Pana żyjemy; jeśli umieramy, dla Pana umieramy; przeto czy żyjemy, czy umieramy, Pańscy jesteśmy” (Rz 14:5-6)