Jest taki natrętny gość, który – choć nigdy niezapraszany, niechciany i nielubiany – co pewien czas niestrudzenie stuka do naszych drzwi. Chociaż… nie, już nawet nie stuka. Po prostu bezczelnie wchodzi, zupełnie nie zważając, że być może zła pora, że przecież nie u siebie, że wypadałoby bardziej z kulturą. Jego obecność zabiera nam radość, zmywa z twarzy uśmiech, oddala najdroższe marzenia i sprawia, że wszystkie problemy zaczynają się nagle stawać większe, a radości odpowiednio mniejsze i wyłącznie szarobarwne. Przestajemy się śmiać, nikt nie pogwizduje, sen nie daje odpoczynku, słońce nie wlewa energii, relaks traci definicję – a wszystko to przez jednego gościa, którego nikt nawet nie zapraszał.

Tym gościem jest zmartwienie.

Przyczyny, dla których zjawia się akurat u nas bywają zupełnie różne. W ostatnim czasie przyszedł i rozgościł się z powodu – jak to nazwał – koronawirusa. Ponieważ nigdy przedtem się z tym nie zetknęliśmy, zaczęliśmy gorączkowo zachodzić w głowę, co to w ogóle ma oznaczać? Czy to dobrze, czy źle? Czy ma to cokolwiek wspólnego z nami? Czy powinniśmy się jakoś szczególnie przygotować?

Właśnie tutaj uwidacznia się cały kłopot ze zmartwieniem. Nie jest ono w naszym odczuciu tylko jak złodziej, który wkrada się na naszych oczach, ale raczej jak kilku, których wprawdzie nie widzimy, ale mamy natrętną świadomość, że skądś nadchodzą. Mogą być tuż za rogiem. Może być ich więcej niż myślimy. Mogą nie tylko okraść, ale wyrządzić komuś krzywdę. Mogą, mogą, mogą… To właśnie brak precyzyjnej wiedzy nadrabiany ogromem przypuszczeń sprawia, że zmartwienie staje się zarówno niechcianym, jak i nieodzownym gościem; tak samo znienawidzonym, jak i ukochanym.

Perspektywa, która zmienia wszystko

Niech to będzie jasne: w zmartwieniach nie ma nic zabawnego. Szanse są całkiem spore, że w obliczu globalnego ryzyka epidemii koronawirusa także i ty się teraz z nimi zmagasz, dochodząc do granicy własnych sił i tracąc powoli nadzieję na lepsze jutro. Uczciwie bowiem rzecz ujmując, niewiele nadziei płynie z opustoszałych sklepowych półek, utrudnionego dostępu do podstawowych środków higienicznych, narodowej kwarantanny i apokaliptycznych wizji kreślonych zarówno przez rozgrzane do czerwoności media, jak i niektórych chrześcijan składających trzeźwość myślenia na ołtarzu gorliwości.

Jednak to właśnie w atmosferze głębokiej niepewności szczególnego brzmienia nabierają słowa Jezusa:

Nie troszczcie się o życie swoje, co będziecie jedli albo co będziecie pili, ani o ciało swoje, czym się przyodziewać będziecie. Czyż życie nie jest czymś więcej niż pokarm, a ciało niż odzienie?

Ew. Mateusza 6:25

Powyższa wypowiedź nie stanowi zachęty do bierności w obliczu realnych potrzeb, ale umieszcza nasze zmartwienia we właściwej perspektywie. Jezus konfrontuje nas w tym miejscu z dwoma prostymi pytaniami o to, co jest większym cudem:

  • życie, które otrzymaliśmy czy żywność, którą możemy nabyć?
  • ciało, które posiadamy czy odzież, którą możemy na siebie założyć?

Prawidłowa odpowiedź na powyższe pytania niezwłocznie prowadzi do wniosków zalewających gęstymi strumieniami samo ognisko naszego zmartwienia: skoro Bóg z miłości uczynił już dla mnie tak wielki cud, nie stanowi to dla Niego najmniejszego problemu, aby należycie zatroszczyć się o to, co mnie obecnie trapi.

Zmartwienia wyrastają na gruncie naszego przekonania, że musimy coś zrobić, w obliczu naszej niemożliwości, by zrobić cokolwiek. Świadomość, że Bóg w swojej łasce uczynił już dla mnie daleko więcej, uwalnia od miażdżących trosk i przywraca radość w ramionach pewności, że Jego miłość jest przecież niezachwiana.

Położyłem się i zasnąłem; obudziłem się, bo Pan mnie wspiera.

Psalm 3:6

– Mateusz Jakubowski